Co się dzieje z muzyką w starych klatkach schodowych?

W listopadzie 2018 roku, kiedy mrok zaczynał przytłaczać ulice Poznania, a ciepło z ogrzewania budowało się w przestrzeniach domów, gdzie ludzie siedzieli przy kawie i gazetach, do miasta przybyła jedna niezwykła grupa. Nie chodziło o turystów ani wykładowców. Chodziło o ludzi, którzy weszli przez drzwi starego budynku na placu Wolności i zaczęli grać. Nie na scenie, nie w sali koncertowej – w klatce schodowej. Zaczęli grać na skrzypcach, fortepianie elektrycznym i mikrofonach połączonych z niewielkimi amplifikatorami. Była to część EUROSON 2018 – festiwalu, który nie chciał być tylko koncertem, ale próbował ponownie ustalić więź między muzyką a miejscem.

EUROSON 2018 witryna

Początkowo wyglądało to jak coś przypadkowego – człowiek grający na skrzypcach pod sufitem żarówki, który trzepotał się od dźwięków. Ale gdy przejechałem tam kilka dni później i usiadłem na ostatnim stopniu, zauważyłem coś dziwnego: ludzie przestawali się spieszyć. Przechodzili wolniej. Czasem nawet stanowili – jakby przypomnieli sobie, że istnieją dźwięki poza telefonem i głośnikami w samochodzie. Klatka schodowa stała się miejscem obserwacji muzyki takiej, jakiej nikt już nie słyszy codziennie: brzmieniową kompozycją zrealizowaną bez reżyserii i bez ekranu.

Skąd ta potrzeba zabierania muzyki do miejsc niestandardowych?

Zrozumienie tego wymaga odstąpienia od koncepcji „muzycznej przestrzeni” jako czegoś wydzielonego: teatru, studia czy koncertówki. Muzyka miała swoją rolę w świecie przed telefonem i internetem – była częścią codzienności. Przygotowywała posiłek? W tle grał jazz. Idąc do pracy? Ktoś śpiewał na ulicy albo grał na gitare z balkonu. W nowym świecie ta funkcja zaginęła. Dźwięki są teraz jedynie treścią – dostępne w pakietach subskrypcyjnych, rozsiane po różnych aplikacjach.

Niektórzy artystowie tego nie tolerują. Na EUROSON 2018 mieliśmy możliwość usłyszeć muzykę napisaną specjalnie dla piętrowych lokali – bez akustycznego sprzętu typowego dla koncertów, tylko dzięki naturze pomieszczeń i ludziom ich użytkującym. Jedna kompozycja opierała się na taktowaniu kroków schodowych; druga używała echo ze ścian z cegły jako elementu rytmicznego. Nie był to eksperyment artystyczny dla eksperymentu; był to próbny projekt życia bez oddzielania dźwięku od miejsca.

Czym różni się ta forma od innych „muzyki w publicznym miejscu”?

Największą różnicą jest intencja: tu nie chodzi o „dodać atmosfery” ani o „przystosować do klienta”. Tutaj muzyka ma być czymś więcej niż dekoracją – jest częścią dialogu między ludzkim ciałem a środowiskiem budowlanym. Gdy człowiek siedzi we własnej klatce schodowej i słyszy kompozycję utworzoną właśnie dla tej konkretnej linii ścian i długości szybu windy – czuje rzeczywiste powiązanie z tym miejscem.

To nic nowego technicznie, ale nowe podejście emocjonalne: muzycy nie występują przed publicznością jako „artysta”, ale jako osoby wpisujące się we wnętrze architektury swoim dźwiękiem. Było tam kilka osób – młodych studentów muzycznych oraz artystów pracujących poza tradycyjnym systemem koncertowym – którzy wybrali ten festiwal właśnie dlatego, że nie chciały być „wykonawcami”, tylko uczestnikami miejsca.